Spis treści
Inicjatywa „UWAGA! Polowanie. Zmieńmy prawo łowieckie. Na dobre." przedstawia się jako projekt na rzecz bezpieczeństwa ludzi, ochrony zwierząt i większej kontroli nad łowiectwem. Problem polega na tym, że jej najważniejsze propozycje nie tworzą spójnego modelu odpowiedzialnego zarządzania dzikimi populacjami, lecz grożą faktycznym sparaliżowaniem go na znacznej części kraju.
To nie jest spór o to, czy gospodarka łowiecka wymaga kontroli, wysokich standardów bezpieczeństwa, jawności i eliminowania błędów. Oczywiście, że wymaga. Tak jak każda działalność oddziałująca na przyrodę, rolnictwo i bezpieczeństwo ludzi. Prawdziwe pytanie brzmi jednak inaczej: czy projektodawcy proponują reformę opartą na analizie skutków, biologii populacji, realiach terenowych i odpowiedzialności finansowej? Czy raczej budują poparcie dla pakietu efektownych haseł, których konsekwencje poniosą rolnicy, samorządy, podatnicy i sama przyroda?
Po lekturze założeń inicjatywy trudno oprzeć się wrażeniu, że dominuje tu druga droga. Kampania posługuje się obrazami „polowań dla rozrywki", „krwawego biznesu" i zagrożenia czyhającego niemal za każdym domem. Taki język dobrze działa w mediach społecznościowych. Nie zastępuje jednak wiedzy z zakresu ekologii, prawa, bezpieczeństwa sanitarnego ani praktyki zarządzania populacjami dzikich zwierząt.
Inicjatorzy deklarują, że nie chcą likwidować łowiectwa. Jednocześnie postulują m.in. zakaz polowań nocnych, zakaz wykorzystywania termowizji i noktowizji, zakaz naganki, zakaz nęcenia, daleko idące ograniczenia infrastruktury, zakaz polowań komercyjnych, zwiększenie minimalnej odległości od zabudowy do 700 metrów, dodatkowe mechanizmy odwoławcze oraz szerokie możliwości blokowania działań w terenie. To nie jest kosmetyczna korekta systemu. To zestaw regulacji, który — zastosowany łącznie — może pozbawić państwo i lokalne społeczności realnych narzędzi reagowania na szkody, wzrost liczebności zwierząt oraz zagrożenia epizootyczne.[1][2]
Hasło nie jest analizą skutków
Największą słabością inicjatywy jest pomieszanie szlachetnych intencji z przekonaniem, że sama intencja wystarcza do napisania dobrej ustawy. Nie wystarcza.
Prawo dotyczące przyrody nie może być tworzone wyłącznie na podstawie emocjonalnego przekazu: „skoro zabijanie zwierząt budzi sprzeciw, ograniczmy wszystkie narzędzia, które umożliwiają jego prowadzenie". Taka logika pomija fakt, że przyroda w Polsce nie jest oderwanym od człowieka rezerwatem bez dróg, pól, miast, upraw, infrastruktury i chorób zakaźnych. Jest krajobrazem intensywnie użytkowanym, w którym populacje dzików, jeleniowatych czy lisów oddziałują na siebie nawzajem, na rolnictwo, na ruch drogowy, na gospodarkę leśną oraz na zdrowie zwierząt gospodarskich.
Odpowiedzialne zarządzanie przyrodą oznacza konieczność podejmowania trudnych decyzji. Czasem wymaga ochrony ścisłej i całkowitego wyłączenia człowieka. Czasem wymaga czynnej ochrony gatunków, odtwarzania siedlisk, ograniczania presji drapieżniczej albo redukowania nadmiernej liczebności zwierząt, gdy szkody i ryzyko konfliktów narastają. Nie każda ingerencja jest dobra. Ale także nie każda rezygnacja z ingerencji jest ochroną przyrody.
Autorzy inicjatywy twierdzą, że ich projekt ma „przywracać kontrolę państwa i społeczeństwa" nad łowiectwem. Warto jednak zapytać: kto i na podstawie jakich danych ma podejmować decyzje po ograniczeniu obecnych instrumentów? Kto będzie odpowiadał za monitoring populacji? Kto poniesie koszty szkód? Kto podejmie działania w przypadku dzików niszczących uprawy lub regularnie pojawiających się w zwartej zabudowie? Kto zareaguje, gdy trzeba szybko wykonać działania związane z bezpieczeństwem sanitarnym?
Na te pytania inicjatywa odpowiada ogólnikami o kontroli, transparentności i konieczności wykazania zagrożenia. To zdecydowanie za mało. Dobra regulacja nie kończy się na słowach „należy udowodnić". Musi wskazywać procedurę, kompetencje, terminy, źródło finansowania, sposób zbierania danych i podmiot ponoszący odpowiedzialność, gdy zwłoka spowoduje realną szkodę.
Polski Związek Łowiecki zwraca uwagę, że projekt nie przedstawia kompletnej analizy kosztów, źródeł finansowania ani pełnych skutków gospodarczych, społecznych i przyrodniczych. Wskazuje również na ryzyko powstania luk prawnych, ponieważ projekt ingeruje w część przepisów bez dostosowania pozostałych elementów systemu. Jest to stanowisko strony bezpośrednio zainteresowanej wynikiem debaty, dlatego nie powinno być przyjmowane bezkrytycznie. Nie wolno go jednak odrzucać tylko dlatego, że pochodzi ze środowiska łowieckiego. Zarzut braku oceny skutków regulacji jest konkretny i wymaga równie konkretnej odpowiedzi projektodawców.[3][4]
700 metrów: pozornie proste, realnie destrukcyjne
Najbardziej medialnym postulatem inicjatywy jest zakaz wykonywania polowania bliżej niż 700 metrów od wszystkich budynków. Brzmi to prosto: większa odległość ma oznaczać większe bezpieczeństwo. Problem w tym, że prawo nie powinno być pisane wyłącznie pod dobrze brzmiące hasło.
Polska nie jest krajem pustych przestrzeni. To państwo gęsto usiane wsiami, przysiółkami, rozproszoną zabudową, gospodarstwami, drogami, osiedlami, domkami letniskowymi i obiektami użyteczności publicznej. W wielu regionach strefa 700 metrów wokół każdego budynku stworzyłaby nakładającą się sieć wyłączeń, która objęłaby ogromne obszary pól, lasów i terenów przejściowych. A to właśnie na styku pól, lasów i zabudowy najczęściej pojawiają się szkody powodowane przez dziki, jelenie, sarny czy inne gatunki.
Projekt przewiduje możliwość zmniejszenia tej odległości do 150 metrów za zgodą właściciela budynku. Nie rozwiązuje to jednak problemu. Bezpieczeństwo działań w terenie nie może zależeć od tego, czy uda się uzyskać indywidualną zgodę od właściciela każdego budynku znajdującego się w zasięgu strefy. Co z obiektami pustostanowymi? Co z budynkami należącymi do wielu współwłaścicieli? Co z obiektami publicznymi? Co z sytuacją, w której na jednym terenie znajduje się kilkadziesiąt zabudowań i choć jeden właściciel nie wyraża zgody?
Polski Związek Łowiecki podaje, że według wykonanej przez tę organizację symulacji zakaz w promieniu 700 metrów od zabudowań mógłby wyłączyć z działań łowieckich około trzech czwartych powierzchni kraju. To wartość wymagająca niezależnej weryfikacji metodologicznej, ale sama konieczność takiej analizy jest bezdyskusyjna. Projektodawcy powinni przedstawić własne mapy, model przestrzenny i ocenę skutków dla poszczególnych województw, powiatów oraz gmin — zanim społeczeństwo zostanie poproszone o poparcie tak daleko idącej zmiany.[5]
Bezpieczeństwo nie polega na mechanicznym mnożeniu odległości. Polega na egzekwowaniu prawa, właściwej organizacji, identyfikacji celu, ocenie tła, odpowiedzialności osobistej, szkoleniu, skutecznym nadzorze i bezwzględnym eliminowaniu naruszeń. Źle zaprojektowany zakaz może stworzyć paradoks: ograniczyć legalne, planowane i nadzorowane działania na obrzeżach zabudowy, jednocześnie zwiększając obecność zwierzyny właśnie tam, gdzie kontakt z człowiekiem jest najczęstszy.
Przyroda nie działa według kampanijnych sloganów
Inicjatywa chce zakazać polowań nocnych, wykorzystywania termowizji i noktowizji, nęcenia oraz naganki. Każdy z tych postulatów należy oceniać osobno, zależnie od gatunku, miejsca, okresu roku, celu działania oraz stanu populacji. Wrzucanie wszystkich metod do jednego worka jako „kontrowersyjnych praktyk" jest dowodem uproszczenia, nie zaś dowodem troski o przyrodę.
Dziki prowadzą przede wszystkim aktywność o zmierzchu i nocą. To podstawowa cecha ich biologii, a nie szczegół, który można pominąć w projektowaniu prawa. Ograniczenie możliwości działań po zmroku oznaczałoby w praktyce ograniczenie skuteczności zarządzania tym gatunkiem, zwłaszcza na terenach rolniczych i w sąsiedztwie miast. Próba przeniesienia aktywności na dzień nie sprawi, że zwierzęta zmienią swoje zachowanie na potrzeby projektu ustawy.
Podobnie należy oceniać zakaz stosowania nowoczesnych urządzeń optycznych. Technologia sama w sobie nie jest ani etyczna, ani nieetyczna. O jej znaczeniu przesądza sposób wykorzystania, standardy, szkolenie i przepisy. Urządzenia ułatwiające rozpoznanie gatunku, obserwację otoczenia i ocenę sytuacji przed podjęciem decyzji nie powinny być z góry przedstawiane jako zagrożenie. Można dyskutować o szczegółowych zasadach ich stosowania, wymaganiach jakościowych, szkoleniach czy ograniczeniach dla konkretnych metod. Całkowity zakaz, bez analizy sytuacji terenowej i potrzeb zarządzania populacją, byłby jednak regulacją ideologiczną.
Równie niepoważne jest przedstawianie wszelkich form dokarmiania lub nęcenia wyłącznie jako moralnego skandalu. Niewłaściwe praktyki należy ograniczać i kontrolować. Nie oznacza to, że ustawodawca powinien wyłączać wszelkie narzędzia wykorzystywane w gospodarce łowieckiej, ochronie upraw czy działaniach monitoringowych. W przyrodzie liczy się efekt, skala, lokalizacja i cel, a nie hasło stworzone na potrzeby plakatu.
W debacie o dzikach szczególne znaczenie ma afrykański pomór świń. Nie wolno upraszczać sprawy i twierdzić, że intensywna redukcja zawsze jest najwłaściwszym narzędziem walki z ASF. Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności wskazuje, że kluczowe dla wczesnego wykrywania choroby jest skuteczne monitorowanie bierne, czyli zgłaszanie i badanie padłych dzików. W określonych fazach epidemii zalecenia mogą obejmować także czasowe ograniczenie niektórych działań, aby nie rozpraszać zwierząt. Jednocześnie EFSA podkreśla, że zarządzanie populacją powinno być rozpatrywane zależnie od etapu i lokalizacji zagrożenia. To pokazuje, jak bardzo potrzebne są rozwiązania elastyczne, oparte na wiedzy epidemiologicznej — nie ustawowy katalog sztywnych zakazów.[6][7]
Właśnie dlatego projekt „Uwaga! Polowanie" jest ryzykowny. Zamiast tworzyć ramy dla decyzji podejmowanych na podstawie monitoringu, lokalnych danych i opinii służb weterynaryjnych, próbuje z góry ograniczyć narzędzia, które w określonych okolicznościach mogą być potrzebne. Przyroda nie jest kampanią wizerunkową. Nie reaguje na emocjonalne deklaracje. Reaguje na presję środowiskową, dostępność pokarmu, strukturę siedlisk, choroby, warunki pogodowe i skalę ingerencji człowieka.
Koszty nie znikają — zmienia się tylko płatnik
Jednym z najbardziej przemilczanych aspektów inicjatywy są szkody wyrządzane w uprawach i płodach rolnych. Obecnie za szkody powodowane przez dziki, łosie, jelenie, daniele i sarny na terenach obwodów łowieckich co do zasady odpowiada dzierżawca lub zarządca obwodu. Na terenach niewchodzących w skład obwodów odpowiedzialność przejmuje Skarb Państwa, a odszkodowania wypłacane są przez właściwy zarząd województwa.[8]
To bardzo ważna informacja, ponieważ każda regulacja, która ogranicza możliwość działań na danym obszarze, nie usuwa problemu szkód. Przesuwa go na inny podmiot. Zwierzę nie przestaje żerować tylko dlatego, że ustawodawca ustanowił szeroką strefę zakazu. Dziki nie czytają ustaw. Jelenie nie analizują uzasadnień projektów obywatelskich. Jeśli na obszarze objętym ograniczeniem wzrośnie liczebność zwierząt lub ich presja na uprawy, rolnik nadal będzie oczekiwał rekompensaty.
Kto ją wypłaci? Z jakiego budżetu? W jakim trybie? W jakim terminie? Jakie będą limity? Kto oszacuje szkodę? Czy samorządy otrzymają dodatkowe środki? Czy projektodawcy oszacowali koszt dodatkowych działań administracyjnych, odłowów, zabezpieczeń, interwencji, transportu zwierząt i ewentualnego uśmiercania ich poza systemem łowieckim?
Jeżeli odpowiedzi na te pytania nie ma, społeczeństwu sprzedaje się nie reformę, lecz rachunek z odroczonym terminem płatności.
Warto podkreślić: rolnik nie powinien być zakładnikiem wojny ideologicznej. Nie można z jednej strony deklarować troski o wieś, lokalną żywność i dobrostan zwierząt, a z drugiej projektować przepisy utrudniające skuteczne ograniczanie szkód bez przedstawienia alternatywnego systemu odpowiedzialności. To nie jest wrażliwość społeczna. To przerzucanie kosztów na tych, którzy mają najmniejszy wpływ na kształt ogólnopolskiej kampanii.
Potrzebujemy reformy, nie demontażu
Największym błędem dyskusji wokół „Uwaga! Polowanie" jest fałszywa alternatywa: albo ktoś bezwarunkowo popiera obecny model łowiectwa, albo musi podpisać projekt oparty na zakazach i daleko idących ograniczeniach. To wybór pozorny.
Można jednocześnie oczekiwać wysokich standardów bezpieczeństwa, realnej odpowiedzialności za naruszenia, lepszej informacji dla mieszkańców, jawności finansów organizacji wykonujących zadania publiczne, profesjonalnego szkolenia i rzetelnego monitoringu populacji. Można też domagać się bardziej zdecydowanej reakcji na każdą sytuację naruszenia prawa lub zasad etycznych. To są kierunki, które zasługują na poważną debatę.
Nie trzeba jednak likwidować zdolności państwa do reagowania na szkody, choroby i konflikty na styku człowieka oraz dzikiej przyrody. Nie trzeba też udawać, że populacje zwierząt będą regulować się same w krajobrazie rozciętym drogami, intensywnym rolnictwem, miastami i ogromną presją człowieka. Ekosystemy Polski nie funkcjonują w warunkach pierwotnej równowagi. W wielu miejscach człowiek już dawno przejął odpowiedzialność za konsekwencje swoich działań: zmianę siedlisk, fragmentację lasów, uprawy wielkoobszarowe, rozwój transportu i ekspansję zabudowy.
Projektodawcy inicjatywy mówią o „większej kontroli państwa i społeczeństwa". To hasło może być wartościowe tylko wtedy, gdy kontrola nie zmienia się w permanentny mechanizm blokowania koniecznych działań. Udział społeczny ma służyć lepszym decyzjom, a nie zastępować wiedzę biologiczną plebiscytem. Organizacje społeczne mogą być ważnym partnerem w konsultacjach, monitoringu i kontroli legalności. Nie mogą jednak stać się instytucją, która w każdej pilnej sprawie zamienia decyzję przyrodniczą w długotrwały spór proceduralny.
Niepokojące jest również to, że inicjatywa buduje swój przekaz na przeciwstawieniu „społeczeństwa" i „myśliwych", jakby osoby wykonujące zadania w gospodarce łowieckiej nie były częścią społeczeństwa: mieszkańcami gmin, rolnikami, leśnikami, rodzicami, przedsiębiorcami i obywatelami. Taki język nie poprawia bezpieczeństwa ani nie chroni przyrody. On polaryzuje debatę i utrudnia znalezienie rozwiązań, które byłyby jednocześnie skuteczne, kontrolowalne i akceptowalne społecznie.
Najuczciwszy wniosek jest prosty: inicjatywa „Uwaga! Polowanie" nie powinna być oceniana przez pryzmat chwytliwych haseł, lecz przez skutki prawne, przestrzenne, finansowe i przyrodnicze jej konkretnych zapisów. A te skutki budzą poważne zastrzeżenia.
Polska potrzebuje nowoczesnej, wymagającej i transparentnej gospodarki łowieckiej. Nie potrzebuje ustawy, która pod pozorem reformy może odebrać narzędzia niezbędne do odpowiedzialnego działania, a następnie pozostawić przyrodę, rolników i samorządy samym sobie.
Źródła
- Projekt ustawy inicjatywy „Uwaga! Polowanie" — uwagapolowanie.pl/projekt-ustawy
- Strona główna inicjatywy „Uwaga! Polowanie" — uwagapolowanie.pl
- Stanowisko Polskiego Związku Łowieckiego w sprawie obywatelskiego projektu nowelizacji ustawy Prawo łowieckie — pzlow.pl
- PZŁ o konsekwencjach projektu zmian w prawie łowieckim — kampania „Fakty łączą, mity dzielą" — pzlow.pl
- PZŁ w sprawie obywatelskiego projektu zmiany prawa łowieckiego — symulacja strefy 700 metrów — braclowiecka.pl
- EFSA Journal — opinia naukowa dotycząca afrykańskiego pomoru świń — efsa.europa.eu
- EFSA — wzrost ognisk afrykańskiego pomoru świń u świń i dzików w UE — efsa.europa.eu
- Szkody łowieckie — zasady odpowiedzialności i wypłaty odszkodowań — gov.pl/web/klimat